poniedziałek, 19 grudnia 2016

God Jul , czyli święta coraz bliżej.

                                  


Grudzień to taki miesiąc, że nawet największa zgreda musi się uśmiechnąć no choć raz. Taki magiczny miesiąc....Ostatnio w radio usłyszałam wypowiedź młodego (sądząc po głosie) chłopaka prowadzącego program w stylu "topowe hity z satelity", że jemu coraz trudniej czuć atmosferę Świąt ale sam nie wiedział dlaczego. Mnie to bardzo ruszyło, bo w tej gonitwie nie wiadomo dokąd ja też trochę zapomniałam, że grudzień jest albo powinien być ciepły, radosny i wyjątkowy. W Szwecji jest dużo akcentów przez cały miesiąc, które przypominają,że coraz bliżej święta :)  


                                                                            
                                                                   ***



Szwecja w grudniu zakochana jest w światełkach. Te muszą być wszędzie. W każdym oknie elektryczne: gwiazdka albo trójkątny świecznik albo po prostu światełka. Tu na północy nie mam wątpliwości, że jest to bardzo iła tradycja bo jak dzień trwa 4 godziny to łatwiej wyjść z domu jak trochę jasności wokół w oknach panuje. 


                                                                          *

Szwecja w grudniu zakochana jest w julbord, czyli spotkaniach w gronie współpracowników z którymi się je ze szwedzkich stołów z niezawodnym śledziem, szynką, bułeczkami z szafranem na deser i zapija sążnie alkoholem a potem wychodzi się do pubów z tymi co sił im jeszcze starcza.



                                                                                http://elsa.elle.se/

Szwecja zakochana jest także w julgröt, czyli ryżu gotowanym na mleku, podawanym z mlekiem i cynamonem i musem z jabłek, posypanym cynamonem. Do tego podgryzają cieniutki, podsmażany chleb miękki jak naleśnik, posmarowany musztardą i przykryty plastrem szynki ah no i popijają  to wszystko julmust, czyli świątecznym podpiwkiem ( naszym kwasem chlebowym). 
Szwecja w grudniu rozsmakowana jest też w pierniczkach. I bułkach szafranowych które pochłania masowo w dniu świętej Łucji ( to wygląda jak polski tłusty czwartek tylko zamiast pączków są szafranowe bułeczki).

                                   
                                                                        *

                             

                               
Szwecja w grudniu (dokładnie 13 grudnia) ma fantastyczną tradycję świętej Łucji. Należy wstać rano koło 6, bo około tej godziny zaczyna się śpiewanie, więc większość Szwedów zasiada przed telewizorami zanim pójdzie do pracy (jeśli wypada to w dzień pracujący) albo zanim zje śniadanie     (jeśli Łucja przypada w dzień wolny od pracy). Wiara w świętą Łucję przybyła do Szwecji z Włoch choć sama święta Łucja ze Szwecją ma niewiele wspólnego. Tu w Szwecji jest celebrowana jako patronka światła - ta która rozświetla mrok. Po krutce o świętej Łucji : była to piękna dziewczyna, która złożyła śluby czystości i wierności Bogu. Odrzuciła zatem oświadczyny młodzieńca, mściwego jak się okazał i doniósł on władzom, że Łucja jest chrześcijanką. Władze chcąc potępić wiarę Łucji torturowały ją a potem zmusiły do prostytucji, jednak nie poskutkowało to wyparciem się wiary.
Dla tych, którym nie udało się obejrzeć porannej Łucji jest szansa na powtórkę wieczorem w kościele, gdzie odbywa się koncert. Grupa dziewcząt i chłopców poubieranych w białe, długie do ziemi szaty ustawia się na podwyższeniu a przed nimi, na froncie staje ONA - ta która wygrała w tym roku konkurs na bycie Łucją - Łucja ze świecznikiem na głowie ( zazwyczaj świecznik a właściwie wianek ze świecami jest plastikowy, na baterie - bo śpiewy trwają około godziny ale ta moja święta Łucja miała prawdziwe świeczki). Chór śpiewają piosenkę o świętej Łucji na początku i na końcu występu a pomiędzy dawne kolędy i tradycyjne piosenki. Wszystko w klimacie świeczek chóru, w kościele ciepłym, białym, wypełnionym po brzegi ludźmi. Niesamowite. 




                                                                        *

                           


Szwecja w grudniu też ma jarmarki świąteczne, tylko te trwają krócej bo około 4 dni. I sprzedają domowe kiełbasy, szynki i polędwice z łosia, że czym prędzej do domu kanapkę zjeść i łososia też sprzedają i miód z własnej pasieki, że aż palce lizać, a jak się w słoiczku kończy to i słoiczek wylizać, sprzedają dziane ręcznie czapki, szaliki, skarpetki, świece z wosku pszczelego, takiego że pół domu pachnie, bransoletki i pierścionki ręcznie robione. I najlepsze na świecie placki z mąki, jajka, z boczkiem w środku na głębokim tłuszczu robione. Mniam!




                                                                     *

                               


Szwecja zamiast gwiazd betlejemskich ma na stołach Amaryllis, czerwony. No i jeśli chcesz możesz kupić cebulkę z pączkiem albo dwoma i podobno zakwitnie dokładnie na Boże Narodzenie.

Więc czekam :)



sobota, 19 października 2013

Wszystko co dobre kiedyś się kończy



Jak już wiecie z relacji Jagny zalało nas kompletnie i zalałyśmy się też troszkę przez tą barową pogodę. Nic tylko siedzieć i sączyć piwo. Nawet rozmawiać nam się za bardzo nie chciało, bo ileż można ekscytować się ulewą, narzekać na ulewę i śmiać się z ulewy. Nasz lot do Hanoi był o kosmicznej godzinie i dlatego kosmicznie wcześnie bo parę minut po 6 maszerowałyśmy już po lotnisku w Hue, dążąc do jak najszybszego wypełnienia procedur lotniskowych i podążaniu w stronę słońca. Po godzinie od startu wylądowałyśmy w Hanoi. Inny świat. Miasto skąpane w słońcu. W porównaniu do Hue znów musiałyśmy rozważnie rzucać się na przejście dla pieszych, bo inaczej można by było czekać do jutra. Gwar, zgrzyt, huk, stuk, krzyk, czerwone, zielone, bieg. Aha wycieczka, przecież to następny punkt. Przez ten wszechotaczający dźwięk czasami zapominasz o czym myślisz.

Hanoi- obecna stolica Wietnamu- położone jest nad rzeką Czerwoną, nie jest to bynajmniej miasto, w którym obrodziło w zabytki ale oddać mu trzeba, że ma swoją atmosferę.Znalazłyśmy hostel w całkiem niezłej lokalizacji niedaleko jeziora Hoan Kiem („zwróconego miecza”).Tu pojawia się mój ulubiony etap podróży.Z jeziorkiem związana jest legenda, która opowiada o żółwiu w nim żyjącym. Dawno, dawno temu (w sumie to nie aż tak dawno, bo działo się to kolo xv wieku) w czasach niespokojnych i pełnych walk Wietnam został najechany przez armię Mingów. Le Loi chcąc uwolnić Wietnam spod panowania chińczyków podjął z nimi walkę. Z jeziora wyłonił się wówczas żółw, który podarował mu magiczny miecz. Dzięki temu mieczowi Le Loi zdołał pokonać najeźdźców. Po wygranej bitwie żółw znów się pojawił ale tym razem w celu odebrania magicznego miecza i schowania go. Żółw strzeże miecza do momentu, kiedy znów będzie potrzebny.Na jeziorze znajduje się świątynia żółwia, która można za opłatą odwiedzić - w niej jest ogromny wypreparowany żółw otoczony czcią.

Przeszwędałyśmy się po mieście zaliczając standardową listę do zobaczenia: Pagoda na Jednym Filarze, Świątynia Literatury.

piątek, 18 października 2013

Raz słońce, raz deszcz




Na kolejną część opowieści z Wietnamu proponuję Wam tym razem relacje mojej przyjaciółki. Przeczytajcie jak minęły nam kolejne dni. Wietnamska przygoda zmysłami Jagny :

"Ciągle pada...Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby"..pamiętacie tą piosenkę?

niestety jakbym miała w dwóch słowach opowiedzieć o tym co się u nas dzieje przez ostatnie kilka dni .. to właśnie te dwa słowa- CIĄGLE PADA.
Od kiedy opuściłyśmy Sajgon prześladuje nas deszcz, miałyśmy nadzieję, że listopad będzie już w Wietnamie końcówką pory deszczowej jak się okazuje jest odwrotnie, trafiłyśmy w sam środek wietnamskiej zimy, która im dalej na północ tym jest bardziej deszczowa.
Jeszcze z Sajgonu udało nam się wyskoczyć na jednodniową wycieczkę nad Mekong, później przejechalyśmy autobusem do Na Trang w celu zażycia kilku dni słońca i relaksu na pięknej, piaszczystej plaży.
Niestety plaża okazała się piękną, piaszczystą, MOKRA plażą i z dwóch dni przewidzianego smażonka udało nam się podelektować słońcem przez jeden dzień (co i tak teraz, z perspektywy tego co zastałyśmy jeszcze dalej na płn. wydaje nam się jakimś cudem niepomiernym).
z Na Trang przejechałyśmy znowu naszym nieulubionym autobusem dalej na północ do Hoi An. O ile na początku przemieszczanie autobusem z kuszetkami wydawało nam się najlepszym rozwiązaniem to już po pierwszej podróży co najmniej 3rzeczy mocno mnie zniechęciły 1/ coś podgryzało moje nogi przez cała noc, co z reszta potwierdziły ślady capnięć następnego dnia 2/ wysiadła klimatyzcja i atmosfera zrobiła się lekko niezachecająca 3/ kierowca miał amibcje Schumachera i lepiej sie było nie budzić w momentach kiedy wyprzedzał lub pokonywał różne zakręty. Jednak na szczęście

Rozstania i powroty

Dawno się nie odzywałam. Trochę czasu (nieubłagalnie) minęło od mojego ostatniego wpisu. Wiele rzeczy się wydarzyło, zarówno dobrych jak i złych. Życie to taka sinusoida, którą ciężko przekształcić w linię prostą choćbyś nie wiem jak się starał. Może to dobre, że takiej absolutnej mocy sprawczej nie mamy, bo gdybyśmy żyli wiedząc, że nieustannie wszystko będzie umiarkowanie dobre lub umiarkowanie złe to sami bylibyśmy umiarkowani, czyli nijacy a chyba każdy chce być jakiś. Jakiś wyjątkowy na swój indywidualny, osobisty sposób.To również ta jakość nadaje kształt światu.


Wracając jednak do głównego wątku nie odzywania się, postanowiłam wrócić do pisania bo pomimo, że minęły dwa lata odkąd przestałam się odzywać ostatnio zostałam przemile zaskoczona. Usłyszałam od Ewy : „ Ty nawet nie wiesz, że śledziłam Twojego bloga”. Szczerze mówiąc nawet do głowy mi to nie przyszło, bo miał być to blog „żeby rodzice się nie martwili”. Ciągnęła dalej: „Codziennie rano w pracy sprawdzałam co u Ciebie. Podróżowałam z Tobą. Dlaczego przestałaś tak nagle pisać? Zmartwiłam się”. Dziękuję za tą motywację.


Postaram się zabrać Was, już bardziej regularnie, w dalsze podróże. Może skorzystacie z wiedzy, może się odezwiecie z pytaniami (jak to już robiliście), może ruszycie wyobraźnia i będziecie podróżować ze mną : palcem po mapie, oczami po tekście, zmysłami w czasoprzestrzeni tworząc swój własny niepowtarzalny świat w którym :

*oczami wyobraźni zobaczycie uliczny ruch posplatanych ,zatłoczonych uliczek, *poczujecie jak pachnie jaśmin i świeże curry, porównacie czy spaliny śmierdzą/pachną tak samo
*czuć będziecie spokój mocząc nogi w ciepłej wodzie, dotkniecie skóry słonia, *wymyślicie smak mangustana, zupy pho i napoju winogronowego
*usłyszycie modlitwę mnichów i działanie automatu oddechowego pod wodą
*złapiecie balans fizyczny i psychiczny
*i poczujecie jak bardzo bolą odciski i plecy po przedreptaniu z plecakiem nie aż tak dużych dystansów.

Jeśli będzie tu ruch będzie to dla mnie nagrodą bo jak mówią „ruch to życie a bezruch to śmierć”. Może napiszę coś , co Cie poderwie z krzesła i nie dokończysz czytać wpisu, bo pójdziesz się przejść i napiszesz mi później jak to jest czuć jesień w nozdrzach i rozmawiać z przyjaciółmi podczas tego spaceru, jak pachniała latte waniliowa w Twojej ulubionej knajpie w miemi ście, w którym jesteś - chwała Ci za to Człowieku!!! Pisz! Pozwól mi użyć tak bardzo namacalnie mojej wyobraźni również. Będę się cieszyć z tego niezmiernie, bo żyjemy przez innych i dla innych. Motywując Ciebie (mam nadzieję że się to udaje) proszę żebyś Ty motywował/a mnie.

Gotowi na współpracę? Piszcie, komentujcie, ruszajcie się :)

piątek, 4 listopada 2011

Przez Wietnam



Wietnam. Kraj 86milionowy z dwoma największymi miastami Ho Chi Minh- Sajgon i Hanoi. Samolot osiadl na plycie lotniska w Sajgonie. Wskoczylysmy do autobusu wczesniej znajdując ulice przy ktorej wybrałyśmy sobie hostel .Pan ptaknal ze przejezdza około tej ulicy i ze za bilety zapłacić mamy 8000VND/os . Napis na drzwiach jednak informowal o 4000.Coz podobno nasze bagaze były duze i policzyl je jako osoby. Poprosilysmy o bilety a Pan z wielkim rzezi mieszkowym uśmiechem oświadczył:”no, no…no ticket” z czego się wycofal po ktoryms z kolei przystanku gdy dojrzal kontrolera. Wcisna Jagnie ukradkiem dwa bilety dla 2 osob a dodatek za badgaze wskoczyl mu do kieszeni. Sajon!

Sajgon jak przysłowiowy Sajgon ma swój urok. Ulice sa ruchliwe tak bardzo ze kazda z nich przypomina male mrowisko. Nieprzerwany strumien motorkow ciagnie się bez konca. Chcac przejść prze ulice trzeba się dosłownie rzucic z pewna mina i zdecydowaniem bo albo oni Cie omina albo Ty ich. Na drugiej stronie sprawdzasz czy jestes w jednym kawalku czy palce u stop jeszcze czuc czy nie pogubiles klapek jeśli wszystko gra idziesz jak gdyby nigdy nic dalej. Wzdluz ulic ciagla się blaszane budki z jedzeniem, motorki sa zaparkowane na chodnikach, ludzie siedza graja w szachy, czekaja na klienta, nawoluja do sklepow , na wypożyczenie motoru czy wykupienia wycieczki, oglądają filmy, siedza na ulicach i obserwuja ruch uliczny, dlubia w nosie lub wyciągnięci jak koty odpoczywaja na swoich motorkach. To co mnie urzeklo to teatr lalek na wodzie.Duza sala z licznymi rzedami krzesel ułożonymi prawie jak w amfiteatrze przed którymi wyrasta scena- palac u stop którego jest woda. Woda jest tym miejscem na którym odgrywane s scenki m.in. siania i zbierania ryzu, tanca 4swietych zwierzat wietnamskich ( zolw,smok,jednorożec i feniks), tanca kwiatow lotosu.Scenki rodzajowe z zycia wziete. Przedstawienie trwa godzine przy podkładzie muzyki na zywo a ty przy każdej nowej scenie jestes pod nie malym wrazeniem. Swiatynie. Jade Emperor Pagoda jest bardzo klimatyczna. Poki nie wejdzie się do srodka i nie pokreci to ciezko uwierzyc ze jest to cos godne zwrócenia uwagi. My poczatkowo nie dowierzałyśmy ze Pani na motorku nas podrzucila we właściwe miejsce i z ograniczonym zaufaniem po tajskich przygodach zaczęłyśmy dopytywac czyto rzeczywiście to. W koncu nieniecka przewodniczka z grupa utwierdzila nas w przekonaniu ze to jednak to.Zbudowana w 1909 rok taoistyczna swiatynia jest lekko zakurzona ale po chwili oczarowuje.Maszerowalysmy po miescie caly dzien. Sajgon jest jak większość azjatyckich miast jest po czesci zadbany tam gdzie trzeba zadbac- sa bogaci turysci a poczesci zapuszczony tam gdzie Zycie toczy się za szybko żeby myslec o sprzątaniu i to nadaje mu wlasny niepowtarzalny urok.

Wietnamczycy sa bardzo mili, nie sa tak natrętni jak Tajowie przy nagabywaniu klientow. Podchodza porozmawiac poćwiczyć angielski i choc nie bardzo rozumieja jak odpowiesz na pytanie zdaniem zlozonym to mimo wszystko próbują. Jedynym mankamentem w ich zachowaniu jest to ze jak Cie gdziekolwiek podwoza a wiedza ze w miare się spieszysz to ich spokoj ducha i sila która podobno tam się znajduje przyska jak czar.Jada po 3pasmowej głównej drodze pod prad, wjeżdżają na chodniki , trabia jak szaleni na pieszych, wymuszaja pierszenstwo, przejeżdżają na czerwonym. Swiatla. Maja tylko dwa zielone i czerwone ale sa tez tacy którzy czerwonego nie uznaja.Daltoniz to to na pewno nie jest! Ich swiat ich reguly jeśli Ci się podoba „Welcome in Wietnam” jeśli nie spadaj!

To co nas malo nie zrzucilo z motorka poza ich jazda to Wietnamczyk. Po bardzo przyjemnym dniu chodzenia i zwiedzania Sajgonu w pelnym słońcu wieczorem dopadla nas godzinna ulewa(spożytkowana na piwko i pogawędki z…Polka) podczas ktorej

niedziela, 30 października 2011

Wietnam here we are!

Wyladowalysmy z Jagna po 11 godzinach lotu na plycie 6-cio milionowego miasta. Cieple, lepkie powietrze osiadlo na skorze. Bankomat wydal pieniadze w milionach.Tylko w Azji mozna byc milionerem tak po prostu. Pan w autobusie miejskim nacial nas na 8000 dongow, czyli cale 2 zlote. Przy okazji byla kontrola biletow wiec po kryjomu dostalysmy bilety, o ktore pare minut wczesniej walczylysmy ale nie moglysmy ich wywalczyc. Spotkalysmy kilkoro Polakow. Znalazlysmy hostel bez problemu.Jestesmy szczesliwe.Idziemy spac.
Dzien dobry Wietnam.

piątek, 5 sierpnia 2011

Bałtyckie wraki

Przyszlo lato, ktore w tym roku nas za bardzo nie rozpieszcza. Za to dodaje sil, witalnosci, energii i pomyslow.
Niebo zachmurzone, lajba kolysze, zapach morza. Sprzet przygotowany, do wody na lewo i do "prosiaka". Po opusowce w dol. Lecisz. I nagle wsrod ciemnosci pojawia sie sylwetka. Lewitujesz. Statek, ktory kiedys podziwiany byl na powierzchni teraz zmusza Ciebie do zjescia do niego. Uspokajajacy dzwiek automatu. Cisza, spokoj. Gdzieniegdzie widac swiatla latarek innych par nurkow. Zaczynasz eksploracje.



Mt.Vernon*

Mount Vernon zwany inaczej Sten Sture powstal w 1900 roku a zatonal 47lat temu.Masz przed soba ponad 100lat historii.Robi wrazenie. Wyplynal z Gdanska i juz nie dotarl do Helsingborga. Przewozil wegiel i podobno agentow szwedzkich dzilajacych w ZSRR. Przygladasz sie, sprawdzasz swiatlem latarki zeby lepiej widziec to, co cie intruguje , ktos zadaje Ci pytanie ile jeszcze masz powietrza a Ty w sumie zapominasz momentami o Bożym swiecie.Karuzela mysli. Ty masz frajde a oni jak sie czuli? Bałtyk jest zaskakujaco cieply na tych 28metrach. Bialy piasek na dnie, ciemny,opanowany przez mieczaki i pojedyncze ryby wrak i podwodna przestrzen. Ok, pora wracac na gore bo jeszcze w zanadrzu pare nurkow, pora przewietrzyc umysl.



Christa*

Lapiesz pare oddechow,wymieniasz spostrzezenia, zarty, smiechy i znow do wody. Tym razem oko w oko z dunska Christa z 1939r.Na omowieniu dowiadujesz sie, ze lezy do gory dnem po zderzeniu z greckim statkiem i ze nurkowanie nie bedzie glebokie bo ok 18m. Schodzisz pod wode i coz nie jest to cos co porywa ogladasz dno statku podziwiasz srube i decydujesz sie po 30 minutach wracac bo na lajbie jest ciekawiej.

Zaskoczenie przyszlo dnia drugiego. Kompletna mieszanka uczuc. Od euforii po dysforie. Pierwszy kuter rybacki byl perelka. Sliczny kilkudziescieciometrowy wrak holownika dobrze zachowany. Spadasz na niego a na samym srodku stoi... no tak stoi ogromny sedes ktory od razu Cie rozbawia zanim jeszcze zdarzysz puscic sie opustowki. Nurkowanie na wesolo:) Oplywasz, podziwiasz i wracasz w dobrym humorze. Oj zebys wiedzial co bedzie dalej...



Tankowiec*

Dalej jest gwozdz programu-Burgermeister Petersen z 1889, sluzaczy pomoca Ubootom jako tankowiec. Schodzisz na 30m na poczatku jest sympatycznie. Meduzka tu, meduzka tam, troche planktonu, spadasz w przestrzeni , robi sie ciemniej i zimniej. Swiatlo latarki zatrzymuje sie na wraku. Jest przeogromny 100metrow dlugosci a widzisz tylko kawalek.Plyniesz obok, wokol ciemnosc, przejzystosc 3-4 metry. Gdzies wylania sie ogromna splatana siec, ktora albo osiadla na wraku albo zostala specjalnie zaczepiona. Wyglada jak ogromna pajeczyna. Ciarki przebiegaja po plecach. Przytulil sie do dna po wplynieciu na mine. Kolejne 20 osob. Czy oby na pewno to chcialam zobaczyc? Co czuli Ci ludzie wiedzac ze nie ma dla nich ratunku? Zalowali, byli obojetni? Tajemnica. Pojawia sie jakas dziwaczna piosenka w glowie..."(...)nie budzcie Tytanica, tam ciagle gra muzyka(...)". Dosc chce wracac. Ok, ja chce ale ani widu patrnera, ktory wystartowal gdzies do przodu jak strzala. Po chwili krecenia sie partner sie znalazl ale serducho zawalilo przez chwile w zatrwazajacym tepie. Ok, a gdzie opustowka? Zadna z nas nie mogla jej znalezc. O, swiatlo latarki wiec pedem moze oni wiedza gdzie lina...a moze na bojce sie wynurzymy? Troche ryzyk fizyk. Na szczescie sie znalazla.I juz do gory bez przeszkod. Brrr...trzeba jakos podniesc poziom nastroju a jeszcze tak cholernie zimno...jak duzo robi dobre towarzystwo, smiech i zarty. Poziom endorfin wzrasta.
Trzeci wrak byl juz wielkim dylematem. Zejsc czy nie? Juz mi sie nie chce, juz mi zimno ale oddalam butle do ladowania wiec mam pelna, szkoda by bylo nie wykorzystac. Dobra ide. Walka w glowie trwala.Moze jednak juz sie przebrac w dresik i posiedziec za sterem,posluchac szant i posmiac sie w cieplutlkiej kajucie. Ide. Na szczescie ten kuter tez byl tak na zakonczenie ,mily, ladny i przyjemny wylowilam puszke po piwie popatrzylam na malze pooglagalam wplyw morza na to co na wieki pozostanie juz jego wlasnoscia. Kolejne nurkowanie przyjemne.

I tak bilans nurkowy jak zawsze in plus. Nowe doswiadczenia, pierwszy raz na dnie Baltyku, nowi pozytywnie zakreceni ludzie.Minal tydzien od powrotu, rozbudzila sie wyobraznia i chec dalszych przygod. Zobaczymy co dalej.


*zdjecia ze strony http://divingbaltic.eu